Przypowieść o Synu marnotrawnym

Pewien starzec miał dwóch Synów, których miłował wielce i pielęgnował. Krew z Jego krwi, duch z Jego ducha. I poznali oni co to Dobro.

Z nastaniem dnia właściwego przybył jeden z Synów do Ojca swego i poprosił o należną mu część majątku.

-Dlaczego dom mój opuszczasz Synu i Brata swego i mnie, starego Ojca?
-Chcę podążać swoją drogą by móc być wolnym i spełnionym Ojcze.
-Czyż jesteś niewolnikiem swego Pana? Czyż nie jesteś mi Synem miłym sercu memu, poważanym w domu moim przez sługi moje?
-Jestem Ojcze, ale dom Twój nie może być już domem moim. Chcę zamieszkać w świątyni swojej tak jak duch mój zamieszka w świątyniach świata.

Otrzymawszy co było mu przeznaczone, pożegnawszy dom swój i Ojca swego poszedł Syn w sobie tylko znane strony.

Kierowany żądzami swej cielesności przybył do miasta, gdzie poznał czym jest Zło. Sercem jego władać poczęły pycha i obłuda, a duszę jego przykrył kir zapomnienia tego co prawe i słuszne. Sumienie jego odarte skazą ostało się w bezmiarze otchłani. Przetracił swój majątek na puste zabawy z przyjaciółmi, którzy jednak opuścili go z ostatnią wydaną złotą monetą. Nie mając nikogo i niczego z czym wrócić mógłby do domu swego Ojca udał się Syn samotnie w góry w poszukiwaniu oczyszczenia u wrót śmierci. Wędrował długo, żywiąc się tym co wydała szczodra ziemia. Mieszkał wśród zwierząt i one stały się jego Braćmi. Wieczerzał z nimi, spał na ich legowiskach, spoglądał w słońce ich oczami i stali się Jednym. Gdy noc przemierzała ziemię, opowiadał dzieje swego życia. Zrozumiał mowę Braci swoich a oni pojęli sens jego Istnienia. Z nadejściem każdego kolejnego dnia pozostawał wśród zwierząt bowiem tylko tam poznawał co to wolność. Wędrował nocami szlakami górskimi a ziemia ta była mu Matką. Nie wiedział co to czas, co to zysk czy strata. Poznał smak gorzki łez samotności. Zrozumiał co to strach. Usilnie zdążał drogą czuwania w poszukiwaniu samego siebie. Jednak myśli jego wracały jedynie do domu swego Ojca. Wzywał imienia Ojca swego a Panem było mu echo. Błąkał się każdej nocy samotnie po górskich stokach i ciemność była tylko jego spełnieniem. Wołał przemierzając pustkowia tego, którego utracił pozostawiając ziemie swoją. Z nastaniem słońca stawał się na nowo zwierzęciem nie mogąc wrócić nigdy drogą do domu swego.

Pewnego dnia kiedy Ojciec raz kolejny wyszedł na drogę w oczekiwaniu na powrót Syna. Wiatr tajemny obmył jego twarz i głos wołającego Syna powrócił do jego duszy. Zasmuciła się twarz Ojca a serce jego napełniło miłosierdziem. Zwrócił się do drugiego Syna swego.

-Synu mój, usłyszałem błaganie Brata twego, który jest w rozpaczy. Przeto prośba Ojca twego, która z duszy pochodzi, pragnie spełnienia. Uczyń radość wielką Ojcu twemu i idź za owym głosem, śladami Brata twego, byście obaj Synowie tej ziemi wrócić mogli do domu waszego Ojca.
-Dlaczegóż o to prosisz mnie Ojcze? Czemuż marnotrawnego Brata mego miłujesz bardziej ode mnie mimo, iż ja pozostałem Ci wierny? Czyż powinienem zostawić i ja Ojca mego po to aby szukać Brata, który w potępieniu winien żyć za krzywdy swego Ojca?
- Jesteście mi nocą i dniem, zimnem i spiekotą, wodą i ogniem- rzekł mu na to Ojciec- Krew moja w żyłach waszych płynie i oddech w waszych duszach. Zadowolisz Ojca swego gdy przyniesiesz mu noc niosącą sen po trudach dnia. Zadowolisz Ojca swego gdy przyniesiesz mu wodę orzeźwienia po ciężkiej pracy. Zadowolisz Ojca swego gdy krew jego będzie mogła ożywiać jego ducha. Powiadam ci, człowiek do pracy potrzebuje dwóch rąk, do wędrowania dwóch nóg a do szczęścia Synów swoich umiłowanych, którzy mieszkać będą z nim w domu swego Ojca.

Poszedł więc Syn miłujący Ojca swego szukać Brata tak, jak mu przykazywała wola Pana. Przemierzał ziemie nieznane. Pustynne krainy. Lasy ciemne i złowrogie. Wędrował po polach żyznych, łąkach bogato obfitych. Nie obce mu były lęki i trudy. Lecz serce jego czyste jak kryształ dzielnie zdążało do wrót swego przeznaczenia. Szlachetny w boju, uczciwy i prawy a Dusza Świata sprzyjała jego duszy.

Dnia pewnego dotarł w góry gdzie echo brzmiało głosem Brata jego. Usłyszawszy rozpacz swego Brata zapłakał nad losem jego, ten który był miłującym Ojca swego. Wtedy to Syn dzielny stał się Orłem odważnym i silnym, wzrok jego przenikliwy a szpony jego twarde jak granit. Moc on rozgłaszał mądrością swego lotu i prawdą jaśniały źrenice jego oczu. Rozpinał on kształtne ciało swoje w bezmiarze wielkości nieba.

Z dniem tym począwszy od wschodu słońca, aż do zachodu przemierzał lotem swym dostojnym niebo rozważnie spoglądając miedzy górami, szukając Brata swego. Nocą zaś stawał się na powrót człowiekiem i wspominał Ojca swego z miłością wypełniając Jego wolę.

Tak oto wypełniły się proroctwa Ojca. Synowie Jego stawszy się częścią Duszy Świata byli blisko Ojca swego jak noc i dzień, ogień i woda, bojaźń i odwaga, kłamstwo i szlachetność. Dwie duszy przesłania, dwa serca spełnienia, dwa oblicza przeznaczenia. Moje, twoje….nasze!

Widok rozciągał się szeroko na barwną okolicę. Szczyty gór spowite chmurami zdawać by się mogło wdzierały się niemal do niebiańskiego królestwa. Spadziste urwiska zakreślały łuki swych ciał zstępując w doliny niczym zasłony skrywające istotę swych skarbów. Dolina porośnięta kosodrzewiną zwężała się. Rośliny ukradkiem potajemnie schronienia swego życia poszukiwały między olbrzymimi narzutowymi głazami, które rozścielały się przykrywając całą ziemię niczym kobierce układane tylko po to aby podziwiać ich potęgę. Powietrze drgało lekko a jego tchnienie ostrożnie przemierzało szlaki górskie. Słońce jaśniało w pełni swym pięknem i ciepłem. Namaszczało spragniony namiętności pejzaż niby pozornie oddalone jednak tak bardzo oddane temu światu. Malownicze stoki przemawiały bogactwem barw poprzetykanych z rzadka srebrzystymi mgnieniami światła. Cieniste zakamarki skrywały tę wieczność którą na obliczach gór pozostawiała niepoznana głębia nocy. Ze szczytu widać było dużą część innych gór, które zdawały się być niemal na wyciągnięcie ręki. Sądzić można było, iż wystarczy jeden tylko krok aby móc znaleźć się w tym miejscu, które ciekawiło wzrok nie pozwalając o sobie zapomnieć. Przebyta droga przez to wydawała się czymś małym i nieznaczącym w swym pozorze. Ludzie jednak wędrujący poniżej przypominali wyglądem swym krasnoludki, które z wielkim mozołem pokonywały centymetrowe odcinki drogi. Tylko fakt ten uświadamiał bezmiar i potęgę tego co panowało niepodzielnie w tym miejscu od stworzenia świata.